Powrót do strony Rodziny Karmelitańskiej

Konferencja wygłoszona dla Świeckiej Rodziny Karmelu

25 października 2003 r.

przez: O. Dr Piotra Spillera, O.Carm

  POSŁUGA GOŚCINNOŚCI I OPCJA NA RZECZ UBOGICH

W ubiegłym miesiącu rozpocząłem rozważania na temat duchowych postaw życia karmelitańskiego. Podstawową posługą i powinnością wobec ludzi jest gościnność.
Sposób życia karmelitańskiego określa Reguła Karmelu w rozdz. VI podkreślając wartość życia braterskiego otwartego na świat przyjmując formę gościnności i całkowitej dyspozycyjności, dla której motywem bliblijnym inspirującym jest gościnne przyjęcie Abrahama, który siedzi przed wejściem do namiotu (Rdz. 18, 1-4; ”Jahwe ukazał się Abrahamowi pod dębami Mamre; gdy ten siedział u wejścia do namiotu... Abraham spojrzawszy dostrzegł trzech ludzi naprzeciw siebie. Ujrzawszy ich podążył do wejścia do namiotu na ich spotkanie A oddawszy im pokłon do ziemi rzekł: O Panie jeśli jestem tego godzien, racz nie omijać twego sługi...” : ”Nie zapominajcie o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom, dali gościnę” Hbr 13,2).
Gościnność jest cnotą, którą praktykuje Bóg. Gdziekolwiek Bóg pojawia się w Piśmie Świętym, okazuje gościnność. Od samego początku Pisma Świętego widzimy jak Stwórca urządza świat i umieszcza nas w ogrodzie, w którym mamy wszystko, czego będzie nam potrzeba. W swoim dziele stworzenia Bóg jest wyjątkowo gościnny. Chociaż zostaliśmy wygnani przez nasze własne nieposłuszeństwo, dostaliśmy ubrania na drogę. A na wygnaniu doświadczyliśmy Bożej gościnności poprzez zapewnioną nam ziemię i pożywienie.
Izraelici dobrze znali gościnność Boga, który wywiódł ich z niewoli i wprowadził do ziemi mlekiem i miodem płynącej. Byli zatem powołani do okazywania gościnności nieznajomym, a więc ich ojciec Abraham był gościnny wobec aniołów, podczas gdy mieszkańcy Sodomy są przykładem nieprzestrzegania gościnności. (Rdz. 19, 1-11; Mdr 19, 13-15; Sdz 5, 24-27; 19, 1-30). Bóg, który daje nam mieszkanie, Bóg który sprawia, że nie jesteśmy już obcymi, jest tym samym Bogiem, który wymaga, żebyśmy my także byli gościnni wobec innych.
Do gościnności zobowiązuje naród izraelski także wspomnienie czasów, kiedy to sam był cudzoziemcem w ziemi egipskiej (Wj 22,20; Kpł 19, 33-34).
Nowy Testament ukazuje pełną wartość gościnności. Jezus jest wzorem gościnności, aprobuje jej prawa (Łk 7, 44-46), zalecą ją ( Łk 14,12-14), sam z niej korzysta (Łk 10, 38); w nauczania objawia istotę gościnności, utożsamiając się z gościem (Mt 10, 40; 25, 35.38.43.44). Podczas kilku kluczowych rozmów z uczniami Jezus poucza ich o gościnności. Rozmnaża chleby i ryby właśnie wtedy, gdy uczniowie starają się odprawić słuchaczy. Upomina Apostołów, gdy zabraniają przynoszenia do niego dzieci. Przyjmuje zaproszenie od każdego, czy jest to celnik, faryzeusz, przyjaciel. Podobnie Jego przypowieści często koncentrują się na gościnności i jej braku, czy to dotyczą człowieka poranionego przez zbójców, opuszczonego ojca, czy bogatego pana. Na koniec, Jezusowy opis Sądu Ostatecznego dotyczy niemal wyłącznie okazywania gościnności: karmienia głodnych, przyodziania nagich, przyjmowania przybyszów. Szczere okazywanie innym gościnności jest jednym z kryteriów życia prawdziwie chrześcijańskiego (Rz 12, 13; 1 Tm 3,2; 5, 10; Tt 1,8; 1 P4,9). Gościnność powiązana z agape stanowi aspekt miłości braterskiej; rozwija się też jako filoksenia (miłość do tego, co obce). Zbliżając się do kresu życia, Jezus jest gościnny w heroiczny sposób. Podczas Ostatniej Wieczerzy, którą pragnął spożyć z Dwunastoma, Jezus staje się wzorcowym gospodarzem, umywając Apostołom nogi i polecając im czynić tak samo. W domu faryzeusza Szymona nogi Jezusa obmywa swymi łzami pewna kobieta. Gdy Szymon próbuje upomnieć obydwoje, Jezus chwali kobietę za gościnność, a Szymona karci za jej brak. Gościnność jest podstawą życia domowych Kościołów i pracy misyjnej (Mt 10,11-13; 3 J 3-10) .
Odwołując się do tekstów biblijnych zawsze w tradycji karmelitańskiej klasztor był miejscem gościnnym, miejscem rodzinnego spotkania, otwartej i promieniującej gościnności. Taką postawę przyjmowali również ludzie świeccy gromadzący się przy naszych wspólnotach.
To jest diakonia ,o którą prosi dzisiejszy świat chrześcijan bardziej zaangażowanych, a szczególnie tych, którzy są spadkobiercami tradycji duchowej danego zakonu, tradycji żywej, znaczącej, przynoszącej należyte owoce w życiu kościoła. A my jako wielka rodzina Karmelu jesteśmy wśród nich. Gościnność jest ważna, ponieważ dzięki niej dostrzegamy trudne położenie naszych bliźnich.
Gościnność jest formą obecności. Być gościnnym wobec kogoś, to znaczy dać mu miejsce w swoim życiu, dać mu w swoim sercu duchowe schronienie. Gościnność oferuje przyjaźń bez „wiązania gościa” ze sobą, zapewniając mu swobodę, nie pozostawiając go jednak samemu sobie.
Gościnność to postawa i nakaz moralny otoczenia bliźnich opieką i okazania im materialnej pomocy; przyjazny sposób przyjmowania przybyszów, wyrażający się w postawie ofiarowania im czasu, schronienia i pożywienia . Gościnność zatem jest uznaniem, że darem jest zarówno to, co mamy, jak i to, co możemy dać. Jednakże gościnność jest przede wszystkim zwracaniem uwagi na innych. Przybysz, tak jak człowiek poraniony w drodze do Jerycha czy syn marnotrawny, jest kimś obcym o tyle, o ile się na niego nie zwraca uwagi. Nie ma nic bardziej poniżającego nić bycie ignorowanym. Niestety dzisiaj często słyszy się skargę: „ ludzie mnie traktują, jakby mnie tu nie było”. Nie można bardziej podle potraktować człowieka niż nie zwracając na niego uwagi. Z tego właśnie powodu leżący u bram pałacu, pokryty wrzodami Łazarz został przyjęty na łono Abrahama, a bogacz nie.
Tak jak ludzie na sądzie Ostatecznym, bogacz zostaje ukarany za to, że nie zważał na innych będących w potrzebie. Z punktu widzenia Boga jako naszego sędziego nic zatem nie jest dla nas bardziej szkodliwe niż ignorowanie drugiego człowieka .
Chrześcijanin, a zatem każdy z nas, powinien od czasu do czasu zastanowić się przez moment nad swoim stosunkiem do gości. Trudno przejść przez życie nie podejmując gości i nie będąc przez nikogo podejmowanym. Okazji jest wiele: urodziny, chrzciny, imieniny, święta, jubileusze. Z tej racji warto i trzeba zastanowić się nad swoją postawą wobec gości. Sprawa jest godna uwagi również z punktu widzenia religijnego. Pan Bóg tu na ziemi puka do naszych drzwi jako Gość. Dzisiejsza lektura Pisma św. mówi o tym wyraźnie: Bóg przychodzi w gościnę do Abrahama; Jezus Chrystus, Syn Boży, jest gościem w domu Łazarza. W tej sytuacji nasza postawa wobec gości jest wykładnikiem postawy wobec Boga i nie wolno jej lekceważyć.
Gościnność wzrasta w miarę jej używania. Św. Paweł napomina: „zaradzajcie potrzebom świętych, przestrzegajcie gościnności” (Rzm 12,13). Pismo św. mówi, że gościnność jest partykularnym sposobem służenia Bogu. Korzystanie z gościnności innych pozwala innym ją okazywać.
Kim dla nas jest gość? Staropolskie przysłowie mówi: „Gość w domu, Bóg w domu". Wejście gościa było świętem. Gospodarz przerywał pracę, poświęcał swój czas, a na stole kładł, co miał najlepszego, wspólnie przeżywając radość spotkania. To było religijne spojrzenie na gościa, biblijne, ewangeliczne. Człowiek mający otwarte serce dla gościa, miał również otwarte dla Boga.
Oczywiście nie każdy człowiek zasługuje na godne przyjęcie. Może się zdarzyć, zwłaszcza gdy niszczy nasz pokój, wnosi niezgodę, rozpija męża lub syna, że trzeba go wyrzucić za drzwi. O tym decyduje roztropność. Niemniej zawsze są ludzie, których warto przyjąć, warto poświęcić dla nich czas, otworzyć dla nich serce. I o to właśnie chodzi.
Dziś coraz częściej spotykamy się z sytuacją, w której jedynym gestem gospodarza jest wskazanie gościowi krzesła, bo cała rodzina jest zajęta oglądaniem telewizora. Gość przyszedł nie w porę, przeszkadza, jest intruzem. Czekają, kiedy wyjdzie. Bóg zapuka i też zostawimy Go w kącie, by czekał, bo mamy pilne zajęcia. Zaczeka, a kiedyś powie, że przyszedł z błogosławieństwem, ale nie mógł go zostawić, bo nikt nie miał czasu odebrać. Dziś trzeba zapytać siebie, ile zostało z tego pięknego prawa: „Gość w domu, Bóg w domu".
Kim my jesteśmy dla gości? Z ołówkiem w ręku zanotowałem przygotowania młodej matki na przyjęcie dwudziestu gości. W sumie trzydzieści godzin. A w ciągu przyjęcia usiadła z nimi zaledwie na kwadrans. Nie zajmujemy się ludźmi, których zapraszamy w gościnę, dla nas ważniejsza jest wędlina, kawa, ciasta, itp. Takie zachowanie mówi o naszej małości. Prawdziwa gościnność nie polega na napełnianiu żołądków, ale serca. Naszych gości winniśmy podejmować radością, pokojem, dobrocią, i tymi wartościami wypełnić ich serca. Wtedy wystarczy, że na stole będzie chleb z masłem, pomidor i herbata. Słowa Chrystusa: „Troszczysz się Marto o wiele, a jednego tylko potrzeba...".Tak jest z gośćmi i tak jest z Bogiem. Wystarczy obserwować przygotowanie pierwszej Komunii św. Przygotowanie serca trwa trzydzieści minut, a przygotowanie stołu cały miesiąc. Przygotowanie sakramentu małżeństwa. Przygotowanie serca kilkanaście minut, wesela - dziesięć miesięcy. Nie usprawiedliwiajmy się, że takie są zwyczaje, że tak chce świat, bo wtedy podzielamy losy ludzi, dla których świat jest wszystkim, dla których człowiek to żołądek, a nie serce. Pomyślmy o tym, czego oczekuje Bóg.
Przestrzeganie gościnności
Apostoł Paweł pisze w liście do Rzymian:„Miłość niech będzie bez obłudy. W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi. Przestrzegajcie gościnności”. (Rzm. 12, 9-10, 13). Św. Paweł nie mówi tu, abyśmy oczekiwali gościnności, lecz abyśmy ją okazywali. Elementarną więc zasadą każdego chrześcijanina powinno być „bycie miłośnikiem gościnności” (Tyt. 1, 8). Gościnność jest namacalnym przykładem miłości agape, kluczem do ludzkich serc. To jest narzędzie dane nam przez Boga. Gościnność jest motorem, który umożliwia płynne działanie służby. Jest czystym wyrażeniem prawdziwej miłości chrześcijańskiej. Coś, co nazywa się służbą, a nie ma w sobie gościnności, bez względu na to jak wygląda, jest tylko tanią podróbką. Gościnność przydaje nam wiarygodności.
„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy” (zobacz: Ew. Jana 1,14). To jest to, co dodaje wiarygodności naszemu posłannictwu. Przepowiadanie Ewangelii bez otwartości serca, chęci okazania gościnności jest wykrzywieniem Bożych planów i zamiarów. Musimy kochać Boga w takim stopniu, by móc kochać naszych braci. Są wiec trzy powody, by być gościnnym: dlatego, że Bóg jest i był wobec nas gościnny; dlatego, że przybysz tego potrzebuje; oraz dlatego, że Bóg tak nakazuje. Gdyby gościnność była tylko obowiązkiem, te trzy powody byłyby wystarczające. Jednakże gościnność nie tylko jest obowiązkiem, lecz cnotą. W przeciwieństwie do obowiązku, cnota sama w sobie jest zarazem nagrodą. Mamy być gościnni nie tylko ze względu na dobro przybysza, ale także na swoje własne. Bóg wzywa nas, byśmy podobnie jak On zajmowali się ludźmi. Nic nie może udoskonalić nas bardziej, zarówno wtedy, gdy sami praktykujemy tę cnotę, jak i wtedy, gdy jej doświadczamy. I nic nie może dać nam większej przyjemności, jeśli tylko na to pozwolimy.
Szczególnym wymiarem otwartości serca, czyli gościnności jest postawa czuwania; współczucia; posługi na rzecz ubogich.
Kategoria czuwania uwydatnia stałą obecność trwania przy kimś, szczególnie w godzinach trudnych, w których poczucie opuszczenia, czy osamotnienia, a czasami i duchowa walka mogą się wzmagać.
O najprostszych, a zarazem najbardziej elementarnych znakach obecności i miłości w stosunku do chorych, mówi Jan Paweł II : „ Ile razy mrok samotności, która gnębi duszę, może być przebity przez świetlany promień uśmiechu i uprzejmego słowa. Wystarczyłoby jedno serdeczne słowo, miły gest i już coś rozbudziłoby się w nich: znak zauważenia i grzeczności może być powiewem świeżego powietrza w zamknięciu życia udręczonego przez smutek i przygnębienie”.
Współczucie
Najbardziej wyraźną oznaką braku współczucia można zauważyć regularnie na ulicy w sposobie, w jaki przechodzimy wobec ludzkich potrzeb. Z jednej strony spotykamy wielu proszących, którzy często proszą o pomoc. Z drugiej strony, wiele osób twierdzi, że nie powinniśmy dawać pieniędzy poszczególnym ludziom, lecz organizacjom. Jesteśmy zakłopotani nie ze względu na to, co czuje potrzebujący, ale z powodu tego, co my czujemy. Tak więc ignoruje się człowieka potrzebującego.
Ideą współczucia jest, jak to nazwał Adam Smith, „współ-odczuwanie”, odczuwanie tego, co czuje druga osoba. Odczuwać współczucie to starać się wejść w to, co czuje druga osoba: reagujemy współczuciem wtedy, gdy potrafimy dostroić się do drugiej osoby.
Współczucie natomiast jest wtedy, gdy odczuwamy je w sposób naturalny wobec osoby w potrzebie. Współczucie polega na zrozumieniu trudnej sytuacji kogoś w potrzebie.
Jako uczcie jest ono uprzednie w stosunku do jakiejkolwiek decyzji o działaniu. Jest to po prostu zdolność współbrzmienia z druga osobą; do uznania jej rzeczywistej sytuacji.. Kiedy odczuwamy współczucie, pozwalamy, by sytuacja kogoś drugiego stała się częścią nas samych. Porzucamy wszelkie nabyte mechanizmy obronne. Pozwalamy sobie natomiast na odczuwanie w sposób spontaniczny, naturalny tego, co czuje każdy normalny człowiek, kiedy spotka kogoś w potrzebie.
Współczucie nie polega jednak na działaniu. Polega na odczuwaniu. Odczuwanie współczucia oznacza po prostu, że w jakiś sposób potrafimy czuć to, co czuje druga osoba. Dzięki współczuciu możemy czuć cierpienie kogoś innego. Możemy nie być w stanie ulżyć jego cierpieniu lub być może z jakiegoś powodu nie my powinniśmy się tym zajmować. Tak czy inaczej to, co powinniśmy zrobić, jest późniejsze w stosunku do tego, co czujemy. Współczucie polega najpierw na zauważeniu, że ktoś cierpi, a następnie na przyzwoleniu, by jego odczucia stały się naszym udziałem.
Powstrzymywanie współczucia wyrządza szkodę nie tylko potrzebującemu, ale i temu, kto broni się przed współczuciem. Człowiek oziębły nie odczuwa nigdy współczucia, ale też nie czuje radości. Współczucie nic nas nie kosztuje. Odczuwamy je w sposób naturalny. Jeśli je tracimy, tracimy nasze człowieczeństwo.
Opcja na rzecz ubogich
W Piśmie Świętym wiele jest powiedziane o naszym stosunku do biednych. Polecenia Boże przekazane w Piśmie Św., są wciąż aktualne: „Gdyż nie braknie ubogich na tej ziemi, i dlatego nakazuję ci: (...) otwórz szczodrze rękę swemu bratu uciśnionemu lub ubogiemu w tej ziemi” (Pwp 15, 11). „Nie zamkniesz swego serca i nie zaciśniesz swojej ręki przed twoim ubogim bratem” (Pwp. 15, 7). Warto też zwrócić uwagę na ostrzeżenie, jakie zostało skierowane pod adresem Sodomy, a pośrednio także do Izraela: „Oto winą Sodomy, twojej siostry, było to: wzbiła się w pychę, miała dostatek chleba (...), lecz nie wspomagała ubogiego i biednego” (Ezech. 16, 49).
Pierwotny Kościół wiernie naśladował swojego Mistrza również pod względem troski o biednych. W Dziejach Apostolskich czytamy, że „sprzedawali posiadłości i mienie, i rozdzielali je wszystkim, według potrzeb” (Dz. 2, 45). Wybrano też siedmiu diakonów, których zadaniem było troszczyć się o biednych ( Dz. 6,1-3). „W tym czasie właśnie przybyli z Jerozolimy do Antiochii prorocy. Jeden z ich imieniem Agabos przepowiedział z natchnienia Ducha, że na całej ziemi nastanie wielki głód (...), uczniowie postanowili więc że, każdy według możliwości, pośpieszy z pomocą braciom, mieszkającym w Judei” (Dz. 11, 28-29).Pismo Święte wskazuje też na to, że bogactwo często czyni zamożnych ludzi gnębicielami biednych. „Czyż nie bogacze ciemiężą was (...)?” (Jak. 2, 6).
Jak uczy historia Kościoła oraz historia zakonów, troska o ubogich była zawsze pielęgnowana. Czego dowodem są bractwa szkaplerzne przy wszystkich naszych klasztorach, a wśród nich czcigodny sługa Boży Anioł Pauli żyjący w XVII wieku we Włoszech w klasztorach w Sienie i w Rzymie. jego duchowość wyrażała się przede wszystkim w posłudze na rzecz ubogich i chorych. Często powtarzał: „ Kto kocha Boga winien szukać Go wśród ubogich. Nazywany przez ludzi Ojcem Miłości. Chrześcijanin musi zawsze stanąć po stronie biednych i potrzebujących. Solidarność z nimi jest jednym z kryteriów faktycznego postępowania za Chrystusem. Świadczenie miłosierdzia jest sprawdzianem autentyczności wspólnoty Kościoła na innych. Stanie przed Chrystusem, wpatrywanie się w Jego oblicze ujawnia prawdę o najuboższych: głodnych, spragnionych, przybyszach, nagich, chorych, więźniach, emigrantach, sierotach itd. O ile jesteśmy w stanie odpowiedzieć na ich potrzeby, o tyle stajemy się ewangelicznymi piewcami miłosierdzia, którzy dają więcej niż oczekują. Świat dzisiejszy jest pełen sprzeczności. Obok głodujących, pojawiają się dzisiaj ofiary sytości, ludzie chorzy na bezsens życia, samotni i opuszczani, uciekający w świat narkotyków lub eutanazji. Ojciec św. wzywa byśmy byli wrażliwi na potrzeby ubogich. Troska o potrzebujących nie może zacieśniać się tylko do samego chleba, albowiem „nie samym chlebem żyje człowiek”(Mt 4,3). Niemniej widoczni pozostają ci, którzy wybrali miłosierdzie świadczone przez modlitwę. To oni sięgają najbardziej zakrytych wymiarów ludzkiej nędzy. Dokonują cudów miłości, zjednoczeni z Bożym miłosierdziem, spieszą na pomoc grzesznikom, wspierają wątpiących, troszczą się o tych, którym w oczy zajrzała rozpacz. Modlitwa łączy nas z Bogiem, uwrażliwia na miłość, bo Bóg jest Miłością. Ze szczerej modlitwy wypływają wszystkie czyny miłosierne.
Ojciec św. zobowiązuje nas do troski o ubogich, by dobrem duchowym i materialnym dopomagać im w stawaniu się coraz bardziej człowiekiem, ale i do troski o własną postawę ubóstwa, która wyraża się w pokorze. Brak wewnętrznego ubóstwa manifestowany jest często przez zamknięcie własnego „ja” wobec Boga i bliźniego. Pokorny stawia wszystko na Boga, jemu całkowicie ufa. Pokorny jest jednocześnie ubogim. Bóg kocha ubogich, pokornych.

 

kontakt: O.dr Piotr Spiller O.Carm

 

Powrót strony Rodziny Karmelitańskiej

początek